piątek, 4 listopada 2011
L.V. "Ness"
Rozdział 2
Louise prowadziła ciotkę w stronę Dziurawego Kotła i modliła się żeby nikt jej nie rozpoznał, chociaż jakby na nią teraz spojrzeć, w niczym nie przypominała Harry'ego Potter'a. Nałożyła na siebie satynową sukienkę koktajlową w odcieniach szarości i fioletu, a na ramiona narzuciła długi do łydki trencz w kolorze czarnym. Było trochę chłodniej niż normalnie w lecie, ale w końcu to Londyn, a Londyn jest w końcu w deszczowej Anglii. Na nogach miałam szare, skórzane pantofelki. Ciocia uparła się także, abym miała włosy związane w kok. Oczywiście ten kok o którym myślałam,że będzie najbardziej pospolitym jaki może być, okazał się być takim jaki czesze się dziewczętom na wesela - oczywiście nie używała lakieru, bo chce mnie zabrać do fryzjera.
Sprawdziła grzywkę, czy zasłania bliznę. Petunia wcale nie wyglądała na zaskoczona widokiem gospody. Ja natomiast zauważyła chyba ponad tuzin spojrzeń skierowanych na mnie. Tym razem nie z jakimś uwielbieniem na miarę "Złotego Chłopca", co był miłą odmianą, a raczej z podziwem. Można powiedzieć, że dosłownie zaparło im dech w piersiach. To mi schlebiało, ale i też napawało obrzydzeniem.
Ciszę przerwała wypowiedź ciotki.
- Nic się nie zmieniło odkąd byłam tu ostatni raz... Wiesz, Lily często zabierała mnie na zakupy na Pokątną i zawsze jadłyśmy tutaj lunch.
Louise popatrzyła na nią oniemiała. Ciekawe czego jeszcze dowie się o swojej ciotce, która do niedawna nienawidziła jej za samo bycie czarodziejem. Ciekawe jakie wspomnienia sprawiły, że drastycznie zmienił się jej światopogląd. Przeszli przez gospodę dosłownie odprowadzane wzrokiem.
- Najpierw pójdziemy do Gringotta. Muszę wybrać trochę pieniędzy, bo zrobimy dziś naprawdę duże zakupy.
- Rozumiem.
Gobliny w banku popatrzyły na niego dziwnie jednak nic nie powiedziały i już wkrótce miała sakiewkę wypchaną galeonami. Najpierw poszli do księgarni. Jego ciotka zniknęła między półkami mówiąc, że chce poszukać jakiś ciekawych pozycji również dla siebie. Louise tylko wzruszyła ramionami i podeszła do lady z listą podręczników. Później poszła także poszukać dla siebie kilka książek. Po połowie godziny poszukiwań miały już wszystkie książki jakie chciały. Sklepikarzowi aż oczy zabłysły, gdy zobaczył ile książek kupują i nawet dal im spory rabat, co i tak nie zmieniło faktu lżejszej sakiewki. Za to w drugiej kieszeni ciążyły mu zminiaturyzowane książki. Później gdy miała już kociołek, zestaw kryształowych fiolek, teleskop (stary nie wiadomo czemu pod koniec roku mu zginął) i miedziana waga z odważnikami. Sowe już miał - Hedwige, ale do szkoły będzie musiał wziąść jeszcze jedną, bo jego jest zbyt rozpoznawalna.
- Muszę iść po nowe szaty do szkoły, jak chcesz możesz iść ze mną.
- Z przyjemnością.
Gdy weszła do sklepu była tak zestresowana, czy ją ktoś rozpozna, choć wiedziała, że wygląda zupełnie inaczej niż wcześniej przed urodzinami.
- Do jakiej szkoły panienka się udaje? - zapytała Madam
- H-h-ogwart - przez ten mój stres zaczęła brzmieć jak Fleur
- Byłaś w Beauxbatons? - mimo, że było to pytanie brzmiało bardziej jak stwierdzenie.
- Alors*, Madam Malkin. - odpowiedziała - Ale miałem dobry pomysł żeby uczyć się francuskiego - dodała w myślach
Gdy Louise rozejrzała się to ją zatkało. Miała ogromne deja vu. W głębi sklepu na stołku stał nie kto inny jak Draco Malfoy, a inna czarownica upina na nim długą czarną szatę. Madam uśmiechając się życzliwie wskazała stołek obok, włożyła jej przez głowę szatę i zaczęła zaznaczać szpilkami właściwą długość.
- Witam. - przywitał się dość uprzejmie jak na Malfoy'a - Czy ty będziesz uczęszczać do Hogwartu?
- Alors, będę uczęszczać do Hogwaty. - mówiła Louise z francuskim akcentem
- Przepraszam, ale pozwolę sobie na śmiałość i powiem, że wyglądasz oszałamiająco.
- Merci. - powiedziałam krótko i obróciłam głowę w drugą stronę, aby ukryć moje, o dziwo, zawstydzenie.
- A właściwie to jak masz na imię? - zapytał
- Louise, ale mów mi Van lub Ness. Niespecjalnie lubię moje pierwsze imię. - oznajmiłam
- Ness, grasz może w quidditcha? - czy wszyscy chłopacy od tego zaczynają rozmowę.
- Alors. - odpowiedziała krótko - Ale rzadko, ponieważ w mojej byłej szkole preferowało się bardziej u dziewczyn taniec bądź sporty bardziej eleganckie niż quidditch. - pokiwał głową ze zrozumieniem
- A twoi rodzice byli jednymi z nas?
- Oboje, alors, że byli czarodziejami. - odpowiedziałam z niespotykaną u siebie dumą, ale teraz jakby się skupić bardziej to nie zwracałam uwagi na mój głos, a był on zupełnie nie mój, był delikatny jak dźwięk harfy, taki melodyjny. Miał coś jeszcze coś powiedzieć,ale Madam Malkin oznajmiła:
- Gotowe, kochanieńka.
Louise zeskoczyła ze stołka w swoim ubrani, wcześniej była w przygotowywanym przez Madam mundurku. Za oknem się rozpogodziło, więc zdjęła trencz. Gdyby nie jej słuch to by na pewno nie usłyszała tego chwilowego wstrzymania oddechu od strony Malfoy'a. Madam podała jej mundurek, a ona odwróciła się i na pożegnanie posłała uśmiech w stronę Malfoy'a.
Poszły jeszcze do fryzjera. Pocieniowała je troszkę i obcięła grzywkę na prosto, ale troszkę na ksztatł łuku. Po chwili wyszły z salonu fryzur.
- Gdzie teraz chciałabyś ciociu pójść, bo ja już załatwiłam wszystko co mi potrzebne?
- Wiesz zastanawiałam się, czy wciąż na rogu koło apteki jest taki sklep kosmetyczny... - zagadnęła się jego ciocia i Louise popatrzyła na nią zaskoczona. No tak, przecież przychodziła tu kiedyś z jej mamą.
- Nie, wiem, nigdy tam nie byłam.Zobaczmy.
Skierowały się w tamtą stronę i ich oczom ukazał się szyld PIĘKNI CZARODZIEJE. Ciocia dosłownie pociągnęła ją do sklepu kosmetycznego. W środku znajdywały się praktycznie same kobiety i nastolatki. Louise czuła się co najmniej nie na miejscu jednak Petunia wzięła koszyk i pociągnęła ją za sobą w głąb sklepu. Co jakiś czas zatrzymywali się na dłużej przy jakiejś półce i ciocia uważnie oglądała jakieś produkty, po czym albo odkłada je z powrotem, albo wrzucała je do koszyka z zadowolonym uśmiechem. Zauważyła, że większość z tych kosmetyków było dla nastolatek i zrozumiała, że ciocia wybierała dla niej kosmetyki których normalnie potrzebują dziewczyny. Dużo tego było, na prawdę dużo. Nagle jej oczom ukazały się przeróżne kosmetyki do makijażu oczu i wtedy jakaś siła nakazała jej iść w tamtą stronę. Prawdę mówiąc to dotarła tam ślizgiem. Ciocia podążyła za nią. Wyjęłam z półki czarną kredkę do oczu, maskarę, cienie do czu i eye liner. Bezzwłocznie włożyłam je do koszyka, a to sprawiło, że na moich ustach pojawił się dość duży uśmiech. Nagle zauważyła, że ciocia waha się między jakim kremem a serum.
- Niech ciocia weźmie oba. - kurcze chyba za bardzo dobrze odgrywam swoją rolę, bo cały czas mówię z francuskim akcentem
- Nie wiem, są dość drogie... - najwyraźniej nie zwraca uwagi na moją wymowę
- No i co z tego? Niech ciocia się nie martwi, w końcu ja za to płace. - oznajmiła. Ciocia zdecydowała się na jeden z tych specyfików i poszły do kasy. Już miała płacić kiedy zauważyła najnowszy kociołek samoczyszczący, a w dodatku odporny na wybuchy. Do zakupów dodała kociołek. Gdy pakowała zakupy zauważyła "podejrzaną" paczuszkę.
- To by było wszystko, chyba, że ciocia chciałaby jeszcze gdzieś wpaść?
- Jeszcze skoczymy do pobliskiego supermarketu, bo muszę kupić trochę rzeczy do domu i możemy wracać.
Gdy wyszli z Dziurawego Kotła ciocia poprowadziła ją do supermarketu. Obładowane zakupami wróciły do domu na lunch. Ciocia wyjęła kilka rzeczy z torb z zakupami z Pokątnej, a resztę dała jej mówiąc, że to jego. Louise popatrzyła się krytycznym wzrokiem na torbę pełną kosmetyków i "podejrzaną" paczkę.
- Po co mi to? - zapytała ciocię krzywiąc się.
- W Hogwarcie na prawdę niczego takiego jak biologia was nie uczą? - ciocia ciężko westchnęła widząc jak kręci głową - Kiedy dziewczynka staje się kobietą w jej ciele zachodzi wiele zmian. - wyciągnęła książkę o dorastaniu i pokazała ją Louise. - W tej książce znajdziesz wszystko na ten temat. W każdym razie jedną ze zmian jest to, że zaczyna się miesiączkować. Masz już szesnaście lat Ness i jestem pewna, że w ciągu tego miesiąca będzie twój pierwszy raz. Czarownice za pomocą magii bardzo ułatwiają sobie ten czas. Wiesz, pierwsze miesiączki są zazwyczaj bolesne przez bóle menstruacyjne.
Ness patrzyła na nią jakby wyrosła jej druga głowa. Miesiączki, bóle menstruacyjne... ? O czym jego ciocia mówiła?! Chyba na prawdę będzie musiał przeczytać tę głupią książkę. Jej odpowiedzią na wywód cioci był tylko ciche "ach". Czując się dość niezręcznie i niepewnie, zabrała swoje zakupy i poszła na górę. Ale gdy weszła do niego to stanęła jak wryta. Jej pokój nie wyglął tak jak wcześniej. Teraz miał ściany w odcieniu kości słoniowej i dywan w kolorze piasku na plaży. Miał też inne meble. Nowe ładne meble i łóżko, które okazało się całkiem wygodne.
- Ciociu co się stało z moim pokojem? - zapytała, gdy usłyszała jak ciocia Petunia wchodzi po schodach.
- To twój prezent urodzinowy od nas. Nie podoba ci się? - zapyta niepewnie
- Nie, jest na prawdę ładny. Tylko jestem zaskoczony, to wszystko.
- W szafie masz swoje nowe ubrania, a ta półeczka będzie idealna na twoje kosmetyki, nie uważasz? A ta biblioteczka powinna pomieścić wszystkie twoje książki i tu powiesiliśmy oprawione zdjęcia twoich przyjaciół, twojej rodziny i Lily. Wiesz, te które miałeś schowane pod materacem.
Louise patrzyła na nią w szoku, gdy oprowadzała go po pokoju i pokazywała mu wszystko. Hedwiga siedziała zadowolona na swojej żerdzi nie musząc już być uwięziona w klatce, a jej Błyskawica stała oparta w rogu pokoju. Oprócz nowego biurka z wygodnym krzesłem miała także lustro, a w jednej z szuflad znalazła przeróżne ozdoby do włosów oraz trochę biżuterii. Ogólnie pokój wyglądał neutralnie i dopiero po zaglądnięciu do szafy lub szyflad można było domyślić się, że należy do dziewczyny. Był za to bardzo wdzięczny wujostwu. Nie wiedziała jakby zyłą gdyby musiała mieszkać w różowym, dziewczęcym pokoju.
- Dziękuję, ciociu. Na prawdę cudowny prezent. - wyszeptała patrząc na uśmiechniętą twarz swojej mamy, która patrzyła na nią ze zdjęcia.
Alors* - tak lub oczywiście z języka francuskiego
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Wspominałam już, że tp chore?
OdpowiedzUsuńZawszę mogę powtóżyć!
W ogole to nizła akcja. Nie wiem jakie zaklęcie było na Dursleyach, ale... mocna rzecz *3*
Spotkanie z Mylfoyem...
Młahahahahahahahahahahahahahaha...
(pół godziny później)
haha...
So epick <3
Zastanawia mnie czy okaże się, że Harry Potter zaginął czy coś...
dlatego idę czytać dalej
N.A.
P.S. Nie uczę się francuskiego, ale czy "tak" nie było "Qui"?