piątek, 4 listopada 2011

L.V. "Ness"


Rozdział 3

-Ciociu? Mogę ci zadać pytanie? – Ness usiadła na swoim nowym łóżku i patrzyła niepewnie na Petunię.

-Wydaje mi się, że tak.

-Zmieniłaś się tak dlatego, że jestem dziewczyną? No wiesz, wcześniej nie byłaś taka miła. Wuj zresztą też nie.

Petunia usiadła obok niej i chwilę się zamyśliła.

- Częściowo na pewno miało to jakiś wpływ, ale prawdziwą przyczyną były wspomnienia, które do mnie powróciły. Prawie piętnaście lat myślałam, że Lily zdradziła mnie dla świata czarodziejów. Jej zaklęcie było tak dobre, że nie miałam praktycznie żadnego miłego wspomnienia o niej odkąd poszła do Hogwartu a to co się działo po tym jak go ukończyła w ogóle dla mnie nie istniało. Szkoda, ponieważ przez to znienawidziłam czarodziejów i wszystko co się z nimi wiązało. Nawet nie wiesz jak bardzo chciałabym, żeby ona nigdy nie rzuciła na mnie tego zaklęcia…

Ness tylko pokiwała smutnie głową. Też by chciała. Może wtedy nigdy nie byłoby tego cyrku z byciem chłopcem przez piętnaście lat i zmianą w dziewczynę. I jej życie u wujostwa byłoby zupełnie inne. Ale ona przecież miał zawsze pod górkę więc nie było sensu gdybać. Już tylko jedna kwestia nie dawała jej spokoju.

-A jak moja mama… to znaczy… bo ja nie wyobrażam sobie, żeby ona Voldemorta kochała… a on jest moim biologicznym ojcem, prawda? –Tylko jeden scenariusz przychodził jej do głowy, no może trzy, ale tylko ten jeden najczarniejszy wydawał się być najbardziej prawdopodobnym. Jakby na potwierdzenie tego jego ciotka posmutniała.

-Wiesz, Lily nie wierzyła w to, że ktoś może być całkowicie i do szpiku kości zły, ale masz rację, nie kochała go. Wiesz, że była w Zakonie Feniksa? To taka grupa przeciwko temu Voldemortowi prowadzona przez dyrektora Hogwartu. Z tego co wiem, to była jedynym członkiem, który nie potrafił zabić. Nie miała po prostu w sobie nienawiści. Strzegła jakiś tajemnic jako Niemowa, Niemowna czy jakoś tak. Nie pamiętam jak się ta funkcja nazywa. Nie wiem jak do tego doszło, ale chyba była jakaś walka i ona trafiła do niewoli. Jakiemuś szpiegowi udało się ją uwolnić… Zmieniła się. Moja znajoma psycholog i ja pomagałyśmy jej. Później ty przyszłaś na świat. Wiesz, kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży nawet nie chciała słyszeć o jej usunięciu. Ty stałaś się jej nowym celem życia i w jakiś przewrotny sposób, naprawdę nie wiem jak, nie znienawidziła tego potwora, ale nawet była mu za ciebie wdzięczna.

-Co takiego?! –Ness nie wiedziała co ma o tym myśleć. Najwyraźniej jej matka oszalała gdy była w niewoli, ale jakoś nikt tego nie zauważył albo nikt o tym nie mówił.

-Nie wiem dlaczego, Ness. Mogę się tylko domyślać, że chodziło o to, że wszyscy lekarze mówili, że ona nigdy nie zajdzie w ciążę, a jednak ty przyszłaś na świat. Jeżeli dobrze myślę to, pomimo tego wszystkiego co przeszła, to, że wyszła z tego mając ciebie i to właśnie dzięki niemu… to głupie, ale naprawdę człowiekowi potrafią głupie myśli przyjść do głowy gdy przeżywa coś traumatycznego.


Ness leżała na łóżku i próbowała czytać jeden z podręczników do transmutacji, ale potworny ból w brzuchu jej w tym, wcale nie pomagał. Zamknęła książkę, stwierdzając, że dziś nie da rady. Miała nadzieje, że coś ciepłego na kolacje poprawi jej trochę humor i złagodzi trochę ten głupi ból brzucha.

Nie mogła spać w nocy. Albo śnil jej się koszmar, w któym Voldemort przychodził do niej i mówił coś w stylu: dzień dobry córeczko, co powiesz na mała avadę? Albo budził go paskudny ból brzucha. Rano wstała kompletnie nie w chumorze, a gdy zobaczyła kilka czerwonych plam na prześcieradle zaczęła ją ogarniać panika. To była krew! Obejrzała się dokłanie w lustrze i zobaczyła, że jego piżama ma sporą ciemnoczerwoną plamę na pupię. Nie miał zielonego pojęcia co robić. Podejrzewała, ze to miało coś wspólnego z tym miesiączkowaniem o którym mówiła jej ciocia, ale nic jej to nie mówiło. Nabrał więcej powietrza i krzyknęła:

- Ciociu! Pomocy!

Po chwili, która dla niej wydawała się ciągnąć wieczność, Petunia przyszła, a widząc bladą twarz swojej siostrznicy od razu zapytała rzeczowym tonem co się stało.

- Ja nie... to chyba...

Spojrzała na łóżko, a gdy zobaczyła czerwone plamy uśmiechnęła się do niej ze zrozumieniem.

- Spokojnie. Weź czystą bieliznę i ubranie. Chodź ze mną do łazienki.

Ness zrobiła jak mu poleniła. Czuła się jak ostania idiotka, że tak zareagowała, ale jak inaczej mogła? Ciekawe co by zrobil Ron, gdyby dostał swojej pierwszej miesiączki. I czy też by się czerwinił gdyby ktoś mu pokozywał jak zaklada się podpaskę i intsuuje, ze trzeba je zmieniać i co robić ze zużytymi. Na szczęście ciocia pokazała to na czystych majtkach, które wzięła ze sobą, a nie bezpośrednio na nim lub co gorsza na sobie. Gdy skończyła wyszła. mówiąc, że jeśli będzie czegoś potrzebywała to ma ją zawołać. Ness pierwsze co zrobiła to wskoczyła pod prysznic. Po raz pierwszy odkąd została dziewczyną chciała się umyć i to porządnie. Ze sfrustrowaniem odkryła, że będzie musiała odkryć jakś sposób wycierania się albo mycia, ponieważ zostawił też kilka czerownych plamek na ręczniku.

W końcu wyszedł z łazienki. Na szczęście wiedział co robić z krwią na uraniach, więc jej ciotka nie musiała pokazywać dosłownie wszystkiego. Czekała na nią w kuchni.

- Po śniadaniu będziesz mogła wziąć ten środek przeciwbólowy, który kupiliśmy na Pokątnej. Pamięj, że nie wolno go brać na pusty żołądek i jedną łyżkę stołową. - Petunia uśmiechnęła się lekko, widząc jak Ness krzywi się na jedzenie, ale posłusznie nakłada sobie trochę i je. - Dziś o trzeciej teleportujemy się świstoklikiem na dwór Evans'ów na twoje rodzinne przyjęcie.

- Świstoklikiem?

Petunia zamiast ospowidzi wyciągnęła beżową koperte, trochę poniszczoną przez czas.

- To nasz świtoklik. Masz jeszcze cztery trzy godziny na przygotowanie się na przyjęcie.

Ness zaraz po śniadaniu poszła na góre wybrać odpowiedni strój na spotkanie rodzinne. Wybrała krótką przed kolana sukienkę - granatowa, falbaniastą, odsłaniającą ramiona, z franzuską metką.. Wybrała dużą spinkę z drobnymi niebieskimi kryształkami. Włosy spieła tak, aby kilka kosmyków mogła wlożyć za ucho. Troszkę po eksperymentowała z kredką i tuszem.
Gdy skonczyła i spojrzała na zegarek było gdzieś za piętnaście  trzecia. Szybko zbiegłam ze schodów. I dosłownie wleciałam do kuchni.

- Już jestem! - oznajmiłam

Ciocia spojrzała na mnie uśmiechnęła sie.
- Puki jesteśmy w domu to przedstawie ci troszkę twoją rodzinę. - mówiąc to pokazała mi pierwsze zdjęcie


- To wujek Landau Evans, mój najstarszy brat. Ma syna Vasilly'a Evans'a.


- Jest od ciebie młodszy o minutę, ponoć Jennifer ścigała się z Lily, która pierwsza urodzi. A to ciocia Caliope Saint.

- Jest młodsza od Lily, ale starsza ode mnie, a to jej syn Liam.


- A to najmłodszy z mojego rodzeństwa, Merkucio Evans.


- To twoja siostra Mary, jest od ciebie młodsza o rok, więc teoretycznie będziecie chodzić do tej samej klasy. Szczerze to będziesz chodzić z całym kuzynostwem. Wszyscy przenoszą się do Hogwartu, a Liam i Vasilli specjalnie zawalili rok, aby chodzić do tej samej klasy z tobą i Mary.


- Pokaże ci jeszcze ostatnie zdjęcie z siódmego roku twojej mamy.



- A czy Mary też... ?- chciała zapytać ale Petunia jej przerwała

- Nie, Mary jest córką James'a, ale nie martw się Remus, czy Syriusz na pewno cię nie znienawidzą. Do tej pory pamiętam, jak na początku pałali do ciebie takim wstrętem, ale gdy tylko przyszłaś na świat to się w tobie zakochali i przysięgli, że nie pozwolą nikomu cię skrzywdzić. Dobrze pamiętam jak ciągle się kłócili kto ma się tobą zajmować.

- Dziękuje. - powiedziała wdzięczna

Spojrzały na zegarek.

- Chodź szybko, bo już czas. - mówiąc to wyjęła list, a Ness od razu chwyciła list. Po chwili poczuła znajome szarpnięcie w okolicy pępka. Odruchowo na to dziwne uczucie zamknęła oczy, ale zaraz je otwarła. Na miejscu był wieczór, ale i tak było gorąco jak na sierpień. Przed jej oczyma ukazał się duży dom, nawet można nazwać go pałacem. W każdym oknie świeciło się światło, a wzdłuż skraju daszku werandy wisiał rządek papierowych japońskich lampionów. bijąca od budynku łuna oświetlała rosnące wokół cedry. Na każdym stopniu szerokich schodów prowadzących do drzwi frontowych stały po obu stronach pękate kryształowe wazony pełne różowych róż.
Wydała z siebie tylko cichy jęk.

- Ale ślicznie. Tylko czemu tu tak dużo tych ozdób.

Ciocia tylko się zaśmiała. Ale bez cienia pogardy tylko z rozbawienia.

- Dzisiaj, mimo że kończysz szesnaście lat, to oficjalnie piętnaście. W tym wieku w naszej rodzinie, gdy dziewczyna staje się kobietą obchodzi swoje małe święto tylko troszkę huczniej niż urodziny. Jest zapraszana cała twoja magiczna rodzina od strony Lily, a ja nie powinnam tu być, ale Lily mnie zaprosiła. Są tu również jej przyjaciele.

- Małe święto...? - powiedziałam ironicznie

- Quinceanera. Święto sprowadzone z Hiszpanii. Jesteśmy aktualnie we Włoszech. Tu swoją "siedzibę"  ma Caliope. - powiedziała

- Quin... co?

- Quinceanera.  - pomogła mi.

Zaczęłyśmy iść w stronę domu. Przeszłyśmy przez szeroką, ciemną werandę. Zastukała w duże bukowe drzwi kołatką, a wtedy drzwi otworzyły się. Powitał nas ogromny hol. Marmurowe kolumny i podłogi, ściany były ozdobione płaskorzeźbami. Po chwili po schodach zeszła blondynka o porcelanowej cerze, a jej towarzyszył... Syriusz!!!  Byłam tym dość zszokowana. Nawet, tak bardzo, że nie zwróciła uwagi na to, że w myślach powiedziała o sobie w formie żeńskiej. Syrii posłał mi rozbrajający uśmiech.  Blondynka, teoretycznie Caliope, podeszła do mnie i mnie uściskała.

- Jak miło mi cię znowu poznać, Ness. - powiedziała, a zabrzmiało to naprawdę szczerze.

- Mi też ciociu Caliope i skąd wiedziałaś, że wole Ness?

- Sama nadałam ci ten skrót. Uważałam, że Louise jest zbyt drętwe. - powiedziała iście młodzieżowym tonem.

Po chwili spojrzałam na Syriusza. A on dalej patrzył na mnie "jakby" się świetnie bawił.

- O co ci chodzi?! - powiedziałam lekko rozeźlona, a mój głos podskoczył o oktawę 

- Nie po prostu Har... znaczy Ness nigdy nie wyobrażałem sobie, że będziesz tak wyglądać jako kobieta. - poprawił się 

- Serio! - oburzyłam się - Nie wyobrażałeś sobie mnie, mimo że wiedziałeś, że jestem, jako kobietę. - fuknęłam i od razu przestałam, takich zachowań się po sobie nie spodziewałam.

- Wykapana Lily! - stwierdził Syrii

- Zgadzam się! - ktoś krzyknął z góry, a po chwili po schodach zszedł czarnowłosy, wysoki mężczyzna o równie białej cerze jak Caliope.

- Jestem Markucio. - powiedział i wyciągnął dłoń w celu przywitania się. Uścisnęłam dłoń, ale niezbyt do tego chętna.

- Ale co robi tu Syriusz, nikt mi do tej pory nie powiedział?

- To twoje święto, więc chrzestni muszą być obecni, czyż nie?

Chrzestni, więc była też tu moja chrzestna. Już miałam zapytać, ale nim zdążyłam zapytać, to Caliope wskazała na siebie palcem, jakby czytając mi w myślach.

- Jesteś moją chrzestną?

- Jasne, że tak kochanieńka. - oznajmiła i znów mnie przytuliła. - Dalej jest fajna do tulenia. - oznajmiła, a Syrii uniósł jedna brew.

- Serio, sam to osądzę. - powiedział i sam mnie przytulił, byłam zaskoczona tym ich nadmiernym tuleniem. - Masz racje.

Po chwili  po schodach zeszli ,zapewne, wuj Landau, moi kuzyni Liam i Vasilly i pewnie moja młodsza siostra Mary, która najenergiczniej szła, praktycznie podskakiwała, biegnąc, w moim kierunku. Każdy przedstawił mi się osobiście, a Mary dodatkowo omal mnie nie udusiła  przytulając mnie. Zaczęła mnie oprowadzać po domu. Dosłownie mnie ciągnęła nie zwracając uwagi na innych.

- ...A tu odbędzie się twoja Quinceanera. - powiedziała radośnie

Rozejrzałam się po wielkiej sali, pełnej stołów i krzeseł. Przyozdobionej przeróżnymi ozdobami.

- Chodź musisz się ubrać w sukienkę specjalnie uszytą na tą okazje.

Poprowadziła mnie do pokoju obok. Było tam naprawdę wiele sukien, dużo, dużo sukien. 
Pokazała mi kilka, a mnie spodobała się szczególnie ta w krojach iście renesansowych - czyli odsłonione ramiona itp.. Miała głęboki rubinowy odcień, a wokół talii była przepasana złotym pasem nabijanym błyszczącymi czerwonymi klejnotami. Takie same klejnoty miałam też we włosach. Z każdym jej ruchem jedwab połyskiwał jak płomienie tysiąca pochodni. Mary też ubrała piękną sukienkę, koktajlową w odcieniach różu i szarości. Poszłyśmy w kierunku sali, w której czekali już wszyscy. Dotarły do ogromnych drzwi. Otwarły się jakby spodziewały się, że przyjdą - nie ma to jak magia.

 Znalazła się w tej samej sali, a jednak zdążyli już wszystko zmienić. Wysokie sklepienie było przyozdobione płaskorzeźbami i złoceniami, drzwi obramowano marmurem. Klasyczne rzeźby stały w niszach wzdłuż ścian. W przeciwległym krańcu sali otworzyły się podwójne drzwi. Pojawiła się w nich jakaś postać.  Podeszła w jej stronę i Ness rozpoznała w niej Syriusza. Mimo, że noszę tę sukienkę już od dłuższej chwili dopiero poczuła ciężar spływających od talii fałd sukni.

- Normalnie pierwszy taniec z córką prowadzi ojciec, ale ojciec chrzestny też może być. - powiedział, a następnie stojąc przed nią, położył dłoń na sercu i się ukłonił. A potem wyciągnął dłoń do niej, jakby rzucając jej wyzwanie, kusząc, żeby je przyjęła. Ruszyła na środek sali z gracją. Place miał ciepłe, kiedy złączyli dłonie.

Rozległa się muzyka, chociaż na zmianę  wzmagała się i cichła, dobiegała jakby z daleka.  Nagle dostrzegła wśród niektórych nieznanych jej osób Remus'a. Ale nie miała czasu się przyjrzeć, bo właśnie została obrócona przy kolejnym tanecznym kroku. Tańczyli, poruszając się w zgodnym rytmie.

Po tańcu nadszedł czas na zdmuchiwanie świeczek i krojenie tortu.

- Dlaczego ubrałaś akurat tą suknie - zapytała Caliope, próbując zdusić śmiech.

- Podobała mi się, po prostu wybijała się spod tych wszystkich różowych i błękitnych sukienek.

- Lily, kiedy miała swoją Quinceanere, powiedziała, że gdy będziesz miała swoją, to mamy dopilnować, aby nie było tej sukni wśród tych które masz ubrać.

- Czemu?

- Uznała, że jej córka nie będzie nosić takich sukienek. Ona osobiście ubrała w odcieniu szmaragdowej zieleni, zasłaniającej ramiona.

- Mi się ta podobała i ona niech ma swoje opinie dla siebie, lubię być wyzywająca. 

Po chwili tańczyła już chyba z każdym - taka tradycja. Nadszedł czas na Remus'a. Nie zauważył jej, bo gdy położyła mu dłoń na ramieniu podskoczył.

- Zatańczysz?

Przez chwilę się wahał, a po chwili przyjął jej zaproszenie.

- Har... znaczy Ness, wszystko w porządku?

- Tak, już przyzwyczaiłam się do tego faktu, bycia dziewczyną. Jeszcze parę godzin temu było to nie do pomyślenia. Byłam wprost przerażona. - oznajmiłam - Ale już jest ok.

Remus tylko kiwnął głową ze zrozumieniem. I nie wiem czemu, ale musiałam zapytać o coś co mnie dręczy od kiedy tu przyszłam.

- Czy ty i Syriusz... - przerwałam rumieniąc się

Spojrzał na mnie, a po chwili zrozumiał o co chodzi i też na twarzy pojawił mu się rumieniec.

- Od kiedy?

- Byliśmy razem już od pierwszej klasy w Hogwarcie. - przyznał

To mnie zszokowało, ale nie dałam tego po sobie poznać.

- Życzę wam, abyście byli ze sobą jak najdłużej. - uśmiechnęłam się i znów zawirowaliśmy na parkiecie.

Quinceanera - to lekkie wytłumaczenie, nie jest dokładnie takie samo, ale podobne

1 komentarz:

  1. *brechta się brechta się*
    Och och och... ach ta pierwsza miesiączka... biedny Har... Ness >.>
    Mnie jednak rozwala fakt, że on... ona umie się ubrać jak dziewczyna, skoro wcześniej była chłopcem >.<
    W ogóle to duża rodzinka. I mieszka we WŁOSZECH <3 Ach ach ach <3 Moja druga ojczyzna... na równi z japonią >.>
    *czyta ostatni fragment... cisza*
    ŁAAAAA <3 Yaoi <3
    *brat, który siedzi obok zdziela ja w głowę i wrzeszczy by się uspokoiła*
    GRAZIE <3 MERCI <3 ARIGATO <3 THX <3
    Świadomoś, że oni są razem zmienia wszystko <3

    OdpowiedzUsuń